Publicystyka
Zobacz wszystkieOkno jak lustro

Patti Smith, piosenkarka, pisarka i aktywistka feministyczna, jest jedną z ikon zachodniej kontrkultury, a teraz także bohaterką nowej produkcji lubelskiego Teatru Starego. Kto jednak spodziewa się, że OK.NO dostarczy w piątkowy wieczór muzyczno-teatralnych wrażeń na wzór dobrze swego czasu przyjętego Boogie Street (bazującego na twórczości Leonarda Cohena), tego spotka spora niespodzianka.
Spektakl, przygotowany pod reżyserską opieką Janusza Opryńskiego, powstał z inicjatywy aktorki Elizy Borowskiej i muzyka Wojciecha Mazolewskiego, którzy nie tylko pojawiają się na scenie, ale też odpowiadają za ogólny koncept tej mocno eksperymentalnej formy. Chociaż OK.NO łączy w sobie elementy teatru, koncertu i performansu, to nie da się go jednoznacznie zaklasyfikować do żadnej z tych kategorii. Możemy je umownie nazwać performatywną medytacją sceniczną nad zagadnieniami sztuki i roli artysty w społeczeństwie. Brzmi ambitnie. OK.NO też jest ambitne, a to dobrze.
Chociaż Mazolewski i Borowska prowadzą swój namysł nad wspomnianymi wyżej kwestiami głównie za pomocą tekstów prozatorskich Patti Smith i Michaiła Bułhakowa, to tak naprawdę mamy do czynienia z ich autorskimi wypowiedziami, wyrażanymi za pomocą cytatów, muzyki (instrumentalnej i wokalnej) oraz własnych słów. Borowska zastanawia się więc nad tym, jak ciężko jest być aktorem/aktorką i jaki to był przez wieki niedoceniany zawód, a Mazolewski wyznaje pretensjonalnie, że gdyby nie został muzykiem, to pewnie skończyłby w więzieniu. Okazuje się zresztą, że trójmiejski jazzman nie jest zbyt dobrym aktorem i dziwi fakt, że poświęcono mu na scenie tak dużo miejsca. Na szczęście spora część jego kwestii wybrzmiewa z playbacku, dzięki czemu oszczędzono widzom kontaktu z jego bardzo słabą dykcją.
Należy docenić chęć artystycznego wyrażenia osobistych refleksji na temat swojego zawodu i twórczości, ale wartość takiej wypowiedzi kryje się w tym, co może wynieść z niej dla siebie widz. Tu niestety nie mamy do czynienia z niczym odkrywczym. Autotematyczne tendencje w polskim teatrze diagnozowała Joanna Krakowska niemal dekadę temu[1], więc nie mówimy też o niczym świeżym. Jest raczej dokładnie odwrotnie. Autoteatr powoli odchodzi do przeszłości, a na sceny powracają tradycyjnie pojmowane opowieści i aktorstwo psychologiczne, na co wskazano w podsumowaniu 2024 roku miesięcznika „Teatr”[2]. Dla lubelskiej publiki to też nic nowego, bo takie spektakle pojawiały się u nas wielokrotnie i są raczej dobrze rozpoznane przez widownię. Dość wspomnieć, że Krakowska swój tekst o autoteatrze napisała do katalogu XXI Konfrontacji Teatralnych, na scenie pobliskiego Teatru Wschodniego można oglądać mieszczący się w tym nurcie monodram Marzyciel, na deskach Teatru Starego gościł jakiś czas temu dobrze przyjęty Minetti. Portret artysty w czasach starości z Janem Peszkiem, a na ostatnich Konfrontacjach mogliśmy oglądać warszawski Casting Agnieszki Jakimiak i Mateusza Atmana. OK.NO nic zupełnie do tego nurtu nie wnosi. Poza tym, nawet jeśli przyjmiemy, że od szukania odpowiedzi istotniejsze jest zadawanie pytań, to trudno po pokazie zgadnąć, dlaczego widzów ma obchodzić wyznanie Mazolewskiego, że w jego twórczości nie chodzi zupełnie o nic.
Zostawmy przekaz; jeśli w sztuce chodzi tylko o nią samą, to trzeba skupić się na formie. Borowska i Mazolewski poruszają się w zaprojektowanej przez Olę Knedler przestrzeni sugerującej, że mamy do czynienia z artystyczną pracownią, może nowojorską, a na pewno wielkomiejską, na co wskazują wyświetlane za tytułowym oknem krajobrazy. Koresponduje to z warsztatowym, eksperymentalnym charakterem widowiska. Aktorka i muzyk poruszają się po scenie jako oni sami, nawiązujący współpracę przy produkcji OK.NA (co dodatkowo wprowadza do spektaklu wymiar metateatralny), a także wcielają się w osoby słuchające w latach 70. trzeciej płyty studyjnej Jimiego Hendrixa i dają pokazy swoich możliwości warsztatowych. Borowska deklamuje wybrane teksty Patti Smith, odgrywając przy tym rolę piosenkarki i siebie samej, a Mazolewski akompaniuje jej na kontrabasie i na gitarze. Improwizowane, oscylujące na pograniczu rocka i free jazzu partie dostarczają sporej dawki emocji i bardzo dobrze się ich słucha. Szkoda tylko, że jest ich… mało. W spektaklu reklamowanym jako spotkanie teatru i muzyki trochę dziwi niewielka ilość dźwięków. Warstwę formalną dopełniają projekcje multimedialne przedstawiające Borowską i Mazolewskiego spacerujących po nowojorskich ulicach.
Temperatura tego przedstawienia jest letnia. Spokojne tempo i niewielka intensywność, przełamywane sporadycznie mocniejszymi momentami pełnymi krzyku i ostrej muzyki, skutkują senną, medytacyjną atmosferą. Dzięki sprawnej reżyserii spektakl nie męczy, ale też nie bardzo wiadomo, do czego to wszystko ma finalnie zmierzać. Teatr przechodzi w koncert, koncert w film, film znów w teatr, i tak na zmianę, w koło Macieju, aż po nieco ponad godzinie następuje niespodziewany koniec.
OK.NO wymyka się jednoznacznej ocenie. Warto je zobaczyć dla muzyki, warto dla scenografii i warto dla Borowskiej. Nie warto dla aktorstwa Mazolewskiego i nie warto dla treści. A ogólnie? Jeden rabin powie tak, drugi rabin powie nie. Ja powiem, że raczej nie.
[1] J. Krakowska, Auto-teatr w czasach post-prawdy, https://www.dwutygodnik.com/artykul/6756-auto-teatr-w-czasach-post-prawdy.html [dostęp: 12.03.2025]
[2] Por. Stary Rok, wpis na blogu miesięcznika „Teatr”, https://teatr-pismo.pl/blog/stary-rok/ [dostęp 12.03.2025]