Publicystyka

Zobacz wszystkie
Recenzja Taniec

Jeszcze nie teraz

Spektakl To do or not to do?” podejmuje temat, który w dobie nadmiernej produktywności i presji nieustannego działania jest częścią kondycji współczesnego człowieka – prokrastynacji. Już sam tytuł nowej choreografii Stefano Silvino, jego drugiej premiery w ramach programu Przestrzenie Sztuki – Taniec, nawiązujący do słynnej frazy Szekspira, sygnalizuje nam kluczowy dylemat: nie tylko „być”, ale też „działać” –  lub nie. Czy jesteśmy warci uwagi, jeśli przestaniemy działać? Czy samo istnienie wystarczy?

Spektakl rozgrywa się w przestrzeni domowego wnętrza, które zarysowane jest symbolicznie w scenografii (Alexander Adamau) poprzez trzyczęściową ściankę z wielkoformatowym wydrukiem przedstawiającym sferyczne zdjęcie mieszkania, stanowiącą tło dla solo Anastasii Kovalenko. Z przodu, z prawej strony sceny stoi biurko obklejone karteczkami. Jest też krzesło obrotowe, element codzienności biurowej. Dom, przestrzeń odpoczynku, bezpieczeństwa i prywatności, staje się gabinetem, miejscem pracy i nieustannego poczucia presji.

Znane wszystkim żółte sticksy są materialnym zapisem wewnętrznych negocjacji – próbą ujarzmienia myśli, zobowiązań, rozproszonych impulsów. To one konstruują mapę rzeczy do zrobienia, lecz często, zamiast porządkować, paradoksalnie stają się świadectwem odkładania na później. Ich obecność, która może mobilizować, ale równie dobrze przytłaczać, przypominając o tym, co nieukończone, nierozpoczęte, przesunięte na bliżej nieokreślone „później”, zamienia biurko w archiwum (nie)podjętych decyzji. Nie bez powodu większość przyklejonych kartek jest pusta, a te, które możemy odczytać, informują nas jedynie o dacie trwającej premiery lub podsuwają hasła typu „slow down”.

Samoprzylepne żółte karteczki są symbolem epoki deadline’ów, wiecznej konieczności zarządzania sobą. Układają się w chaotyczny pejzaż zobowiązań, niedokończonych myśli i zawieszonych aktywności, w którym odbija się, bliski w szczególny sposób twórcom, system projektowy, gdzie sztuka wymaga nie tylko kreacji, ale także nieustannego zaznaczania swojej obecności, bycia widzialnym i dostępnym. Działanie niejednokrotnie staje się tu przymusem, kompromisem, chociażby wtedy, gdy angaż przychodzi w kolejnym naborze, kiedy sami przed sobą dawno temu zrezygnowaliśmy z działania.

Rytm wstrzymywania i podejmowania decyzji buduje dramaturgię spektaklu, która przypomina puls samej prokrastynacji – ciągłe negocjacje między „już” a „za chwilę”, między gotowością a odwlekaniem. Anastasia Kovalenko tańczy wtedy, gdy „trzeba”, gdy spektakl tego wymaga, ale czy sama ma na to ochotę? Czy ruch wynika z wewnętrznej potrzeby, czy raczej z mechanizmu, który każe nam działać, by nie wypaść z obiegu? Ta nieregularność choreografii, przerywanej statycznymi scenami, wyjaśnieniami i autoanalizą, sprawia, że ruch traci swoją oczywistość – nie jest już naturalnym ciągiem zdarzeń, lecz wynikiem wyboru, często podjętego z wahaniem.

Tancerka wchodzi na scenę w peruce, którą bardzo szybko zdejmuje – jakby chciała odrzucić pierwszą, najbardziej oczywistą fasadę, ukazując bardziej prywatne i prawdziwe „ja”. Na sobie ma żakiet z jednym bufiastym rękawem, tiulową sukienkę, a pod nią cielisty sportowy komplet. Warstwy kostiumu, zdejmowane wraz z rozwojem choreografii to metafora procesu dochodzenia do istoty rzeczy, do samej siebie, do decyzji o działaniu. W ruchu tancerka często wikła się w choreograficzne pętle, szczególnie we fragmentach rozgrywających się na blacie biurka. Jej ciało toczy nieustanną walkę, tkwi między decyzją a jej brakiem, między działaniem a dryfowaniem. Podnosi się i opada, zawisa w bezruchu jakby znużone niekończącymi się rozterkami, by za chwilę wejść w kolejną dynamiczną sekwencję. Ważną rolę, zwłaszcza w momentach intensyfikacji, stanowi pejzaż dźwiękowy kreowany przez Jacka Jędrusiaka, kiedy to zapętleniu ruchu towarzyszy narastanie dźwięków, aż do osiągnięcia momentu granicznego. Na początku taniec jest jedynie chwilowym wyłomem w statycznych sekwencjach, w których tancerka próbuje się przedstawić, tłumaczy swoje działania i ich brak. W miarę rozwoju spektaklu jej ciało, coraz bardziej odsłonięte, dochodzi do głosu – jakby decyzja o tańcu nie była jedynie formalnym wyborem, lecz wewnętrzną koniecznością, przejęciem kontroli nad własnym istnieniem. Ostatnia warstwa stroju – cielisty komplet gimnastyczny – może sugerować, że taniec nie jest ani spektaklem dla widza, ani próbą wpisania się w oczekiwania świata, lecz najczystszą, wewnętrzną potrzebą. Dlatego też artystka ostatecznie może pozwolić sobie na taniec z krzesłem, z którym wiruje w rytm muzyki. To moment, w którym wychodzi poza presję konieczności „bycia produktywną”. Już nie próbuje usprawiedliwiać tańca – po prostu tańczy. Może właśnie w tym oddaniu się ruchowi, kryje się prawdziwa wolność.

Co szczególnie istotne – narracja spektaklu odzwierciedla samą postawę Stefano Silvino, który w ostatnich swoich pracach konsekwentnie rezygnuje z potrzeby potwierdzania własnej obecności w tańcu jako wykonawca. Nie tańczy, ponieważ, jak mówi, nie czuje już potrzeby udowadniania, że potrafi. Jego rola ewoluuje z ciała tańczącego w ciało reżyserujące, kreujące choreograficzne wypowiedzi poprzez pracę z innymi. To wybór, który stanowi kluczowe napięcie spektaklu: czy działamy, bo chcemy i tak jak chcemy, czy dlatego, że świat wymaga od nas danej aktywności? Czy możemy pozwolić sobie na wycofanie, na bycie w roli obserwatora, stratega, myśliciela? W To do or not to do? decyzja o redefinicji aktywności staje się nie tylko osobistą perspektywą reżysera, ale także punktem wyjścia do refleksji o kondycji współczesnego artysty.

Stefano Silvino po raz kolejny podejmuje ważny temat, realizując go w sposób lekki, momentami zabawny, ale przede wszystkim bez budowania presji. Spektakl To do or not to do – podobnie jak poprzednia choreografia Fashion Beach – nie sili się na wielkie deklaracje, nie stara się być głośnym manifestem, a jednak dociera do sedna. Płynie wraz z muzyką, w której odnajdujemy fascynacje muzyczne reżysera, jego włoski temperament, ale też nieoczywiste elektroniczne przestrzenie muzyczne.

Twórcy nie forsują narracji, lecz pozwalają jej płynąć, jakby mimowolnie, oddając spektaklowi tę samą przestrzeń zawieszenia, o której opowiada. Jest w tym konsekwencja i może nawet rodzaj manifestu – można mówić o presji, nie wywołując jej, można skłonić do refleksji bez narzucania gotowych wniosków.

Zobacz także:

Okno jak lustro
Eryk Maciejowski
Powrót Czechowicza
Eryk Maciejowski
Jestem fantastyczna
Marta Zgierska
Opowieść stara jak świat
Ewa Molik
Lubelska premiera: „Przysięga Ireny”
Barbara Sawicka