Publicystyka

Zobacz wszystkie
Recenzja Teatr

Powrót Czechowicza

Lubelacy nie gęsi, swych poetów mają, a z nich największym był Józef Czechowicz. Kto jednak wie coś więcej o Czechowiczu poza tym, że był katastrofistą, że napisał Poemat o mieście Lublinie i że zginął w bombardowaniu na początku września 1939 roku? Pewnie mało kto, więc dobrze, że Teatr Osterwy zdecydował się przypomnieć widzom tę nietuzinkową postać w spektaklu Czechowicz. 20 i 2 w reżyserii Łukasza Witt-Michałowskiego.

Twórczość Czechowicza jest w duchu awangardowa. Również spektakl stara się eksperymentować, uciekając jak najdalej od typowej biografii o linearnej narracji. Losy poety przybliża widzom jego alter ego, Henryk (Wojciech Rusin): postać, którą prawdziwy Czechowicz, przejęty snami i przepowiedniami, wykreował po to, by odegnać przeczuwane nieszczęścia. Józefa zobaczymy zaś nie na scenie, lecz w nagraniach wideo, rzuconych na ogromny ekran z tyłu sceny.

Dziwny jest ten Henryk, który widzowi niezaznajomionemu z biografią Czechowicza musi jawić się jako tytułowy poeta. Wojciech Rusin, aktor zdolny i zwykle pełen uroku, kreuje bohatera budzącego skojarzenia nie tyle z Czechowiczem, co raczej z Jokerem z Batmana – rozchichotanego, afektowanego, przerysowanego i niezbyt sympatycznego. Ubrany w czerwony garnitur, komentuje życie Józefa, żali się, kokietuje i wyśmiewa. Całkowicie zawłaszcza scenę, na której wprawdzie pojawiają się inni aktorzy, ale ledwo co wchodzą z nim i ze sobą w jakiekolwiek interakcje. Spektakl ogląda się przez to trochę tak, jakby był monodramem, chociaż przecież nim nie jest.

Znaczna część przedstawienia rozgrywa się na ekranie. Zobaczymy tam kilka uprzednio nagranych scen z życia Czechowicza, takich jak epizod z pokazywaniem wierszy Józefa poważnym poetom czy przemianę Józefa w Henryka. Miło się to ogląda – może i najmilej z całego spektaklu – ale realizacja elementów filmowych jest bardzo siermiężna i trudno je uznać za dobre kino. Przeniesienie części akcji na ekran dystansuje widzów i towarzyszącego im Henryka od tkwiącego w fikcyjnym świecie obrazu Józefa. Taka hybryda teatru i kina to niezbyt często spotykany zabieg (zwykle wstawki filmowe zajmują niewielką część spektaklu; tu jest ich naprawdę dużo), więc warto zwrócić na niego uwagę, chociaż jego potencjał nie wydaje się w pełni wykorzystany. A przecież Witt-Michałowski zastosował już to rozwiązanie choćby w spektaklu Sceny InVitro „Pogrom w przyszły wtorek”.

Sceniczną akcję przerywają piosenki napisane do tekstów poety. Cały spektakl na nich wisi, prawie jak krakowski musical 1989 z Teatru Słowackiego, ale nie są to niestety dobre piosenki. Opierają się na chórkach, ogniskowych gitarach, rockowych solówkach dla wyznawców radiowej Trójki i na jazzującym saksofonie. Muzyka jest przesłodzona, rozbuchana, przeładowana i przez natłok elementów po prostu nijaka. Może to nie moja estetyka, w porządku. Wierzę, że są ludzie, którym się to spodoba i nic mi do tego. Trudno jednak dyskutować z tym, że saksofon fałszuje, połowa muzyki leci z playbacku, a miks jest nierówny: a to coś jest za ciche, a to za głośne, a to słów nie sposób zrozumieć. To ostatnie boli najbardziej.

Celem tych wszystkich zabiegów jest chwalebna próba zdjęcia Czechowicza z pomnika i pokazania go jako człowieka w całej jego wielowymiarowości. Kłopot w tym, że próg wejścia w  spektakl jest zbyt wysoki i bez solidnej wiedzy o biografii jego bohatera bardzo łatwo jest się w nim pogubić. Przykładowo: o tym, że Czechowicz naprawdę stworzył swoje alter ego i przyjął imię Henryk wiedzą tylko specjaliści. Trzeba solidnie pogrzebać w Google, żeby do tej wiedzy dotrzeć, a żeby to zrobić, trzeba mieć po pokazie taką potrzebę, sprowokowaną intrygującą formą przedstawienia. Ta jednak jest zanadto rozbuchana, żeby dało się z niej wyłuskać klarowną myśl przewodnią. Operuje trzema kanałami – teatrem, filmem, muzyką – które nie tworzą koherentnej całości. Na zmianę oglądamy monologi Rusina, półamatorskie krótkometrażówki jakby wyjęte z portfolio offowej grupy filmowej i słuchamy klepanych na jedno kopyto piosenek. Generuje to szum, z którego ciężko coś wyłuskać. Chociaż żaden z elementów nie jest specjalnie zły na tle krajowej średniej, to ich suma jest już trudna do strawienia. Dramaturgia spektaklu jest na tyle płaska i pozbawiona napięcia, że zamiast intrygować – męczy. Zdaje się, że zaszyto tu wiele sensów i znaczeń, ale nic w spektaklu nie zachęca do ich odkrywania, a to bardzo niedobrze.

Spektakl jest bardzo ambitny, ale też hermetyczny i mało przyjazny widzowi. Co więcej, nie udziela w ogóle odpowiedzi na pytanie o to, czemu warto interesować się Czechowiczem. Po pokazie można wywnioskować, że był z Lublina, pisał jakieś wiersze i najwyraźniej miał poważne problemy z głową. To chyba nie tak miało być?

Zobacz także:

Jeszcze nie teraz
Marta Zgierska
Okno jak lustro
Eryk Maciejowski
Jestem fantastyczna
Marta Zgierska
Opowieść stara jak świat
Ewa Molik
Lubelska premiera: „Przysięga Ireny”
Barbara Sawicka