Publicystyka

Zobacz wszystkie
Be i cacy

W prawo, lewo czy prosto?

Portret Jarosława Koziary.

W królestwie Lajloni było trzech braci: wiecznie niezadowolony Aho, niezdecydowany Laje i rozsądny Eino.* Pewnego dnia wyruszyli w podróż za chlebem. Doszli na rozstaje dróg i każdy z nich chciał kontynuować drogę w inną stronę. Po dłuższej kłótni najstarszemu Eino udało się przekonać pozostałych do pójścia razem prosto, bo w kupie bezpieczniej. Po wyczerpującej  wędrówce dotarli do miasta. Ciężko pracowali, by zarobić na chleb. Aho cały czas stękał, że jakby poszli w lewo, to mieliby lepszy los. I nie męczyliby się tak. Laje popierał brata. Aho zdecydował, że wróci tam, gdzie zamierzał iść. Poszedł i zjadły go zwierzęta.

Dawno, dawno temu na swojej drodze spotkałem dwóch szczególnych typków, odurzonych sztuką tak jak ja i tylko z nią w roli głównej wiążących swój los.

Jeden, zafascynowany artystycznym żywotem swojego ziomala, niejakim Christo, któremu zazdrościł światowego formatu; drugi, malarz z urodzenia, nie oglądając się na jakiekolwiek trendy i idoli, maluje swoją bajkę ponad miejscem i czasem, w którym przebywa.

Stoian Valkov prawie trzy dekady temu zaczął śnić swój american dream. Wreszcie wyruszył po sławę i pieniądze. W nieznane. I słuch po nim na długo zaginął. Po latach odnalazł się w okolicach Nowego Yorku. Wrócił w tym roku po 27 latach via Lublin do rodzinnego Burgas.

Miro Biały kilkadziesiąt lat temu wyruszył na północ do Danii i tam spędził na garnuszku duńskiego króla lat kilkanaście. Powrócił na ojcowiznę do rodzinnego Rozkopaczewa, wybudował drewniany dom na wzgórzu, zapuścił korzeń i nic nie wskazuje, by jakakolwiek siła go stamtąd wyrwała.

Amerykański sen Stoiana okazał się być brakiem snu i ciężką harówą od rana do nocy. Zatrudnił się w odlewni rzeźb z myślą, że kiedyś odleje tam własne prace, ale nigdy nie było go na to stać. Pobudka 3:30. Dwugodzinny dojazd do pracy, 10-12 godzin w robocie i powrót 2 godziny do domu. I tak przez 27 lat. Swoje rzeźby, obrazy, rysunki mógł robić po godzinach pracy. Żeby je gdzieś pokazać, trzeba było wszędzie płacić ciężko zarobione dulary, których nigdy nie miał w nadmiarze. Zarabiał najniższą krajową, bo wszędzie chętni, bezrobotni Latynosi czyhali na jego miejsce pracy. Mimo profesjonalnych kwalifikacji (spawał pająki dla Louise Bourgeois, jednego na rok; zespawał ich pięć) nikt mu nie zaproponował adekwatnego honorarium do jego umiejętności. Mimo wielu obietnic, nikt mu nie zorganizował wystawy jego prac. Dobił do emerytury, zapakował ćwierćwieczny urobek w dwa kontenery i przywiózł dzięki pomocy syna do Polski. Teraz będzie mógł poświęcić się już tylko sztuce i zaległym rodzinnym relacjom, a i osobowość podrasuje, bo czasu wcześniej na to nie stało.

Biały siedzi na dupie i nieśpiesznie maluje obrazy. Z domu wychodzi po chleb raz na trzy dni. W zeszłym roku zbudował sobie galeryjkę, gdzie można oglądać i kupować jego obrazy. Ponoć był już nawet jeden gość, ale się zrobiło zimno i już nikt się nie pojawia. Może na wiosnę się coś zmieni.

Ja pojechałem Nigdzie. Nie mam pretensji do losu.

Laje pomimo tragicznego losu brata też zdecydował się na dalsze poszukiwanie lepszego miejsca na ziemi. Gdzie dotarł? Co się z nim stało? Tego nie wie nikt.

*Z „13 bajek z królestwa Lailoni. Dla dużych i małych” Leszka Kołakowskiego

 

 

 

Zobacz także:

Portret Jarosława Koziary.
Clou
Koziara Tararara
Portret Jarosława Koziary.
Słowo się rzekło
Koziara Tararara
Portret Jarosława Koziary.
Sens
Koziara Tararara
Portret Jarosława Koziary.
Ekshibizjonizm
Koziara Tararara
Portret Jarosława Koziary.
CCCP
Koziara Tararara
Portret Jarosława Koziary.
Serum prawdy
Koziara Tararara