Publicystyka

Zobacz wszystkie
Be i cacy

Miasto otwarte

Portret Jarosława Koziary.

Początek października. Jak co roku o tej samej porze wychodzę na miasto z apetytem na sztukę. W tym roku szefem kuchni artystycznego festiwalu Open City został Cezary Hunkiewicz. Ziomek, który przez wiele lat animował życie lubelskich murali, a nawet prowadził galerię (światowego formatu) sztuki ulicy w CSK w Lublinie. Później poszerzył horyzonty, robiąc to samo w stolicy. Za jego przyczyną na dzień dobry dostaliśmy wykwintne danie główne autorstwa podopiecznego kuratora. Słynnego artysty ukrywającego się pod pseudonimem Sainer. To była prawdziwa uczta. Piękny mural na wprost Centrum Kultury przy ul. Peowiaków, wykonany w pracochłonnej technice mozaiki, który mam nadzieję zostanie z nami na lata.

Jak się później okazało, reszta przy nim to były tylko przystawki. Na starym mieście zobaczyliśmy baner Liliany Zeic, obwieszczający, że… pomimo trudności nastał czas miłości…

Niestety na moje oko forma i logika obwieszczenia nie uniosły doniosłości chwili. Nie poczułem wszechogarniającego żaru miłości, miast poezji objawiła się proza życia aktywistycznej działalności, a szkoda. Następnie uczestnicy wernisażu wsiedli do podstawionego przegubowego autobusu. Nic tak nie zbliża ludzi do siebie jak publiczne środki transportu. W Parku Ludowym obejrzeliśmy truchło wylegującego się śp. lubelskiego Baobabu. Drzewa, które za życia robiło za totemiczną oś miasta. Po dokonaniu żywota zostało przewiezione pod galerię Labirynt w oczekiwaniu na podniesienie do nieśmiertelności. Miast materializacji koncepcji, drzewo wybrało się w podróż jak indonezyjski nieboszczyk, a my usłyszeliśmy opowieść o niemocy porozumienia artysty Mirosława Bałki, miasta i świata kultury. Z parku miłośnicy sztuki udali się na Czuby w miejsce zagubionej autostrady. Pośród lasu kolumn niedoszłej estakady artysta umieścił drucianą pergolę, przy której posadził roślinki. Monumentalne atlasy niedoszłej budowli obrośnięte kolorowymi pnączami wciągnęły nozdrzami ten krasnoludzki obiekcik. Mimo wszystko czułem się wielce kontent, że wreszcie odwiedziłem miejsce, do którego przez lata nie mogłem dojechać. Następnie na osiedlu Słowackiego Cezary pokazał nam niezdeflorowany fragment Otwartej Formy Oskara Hansena. W drodze na Górki Czechowskie rozmyślałem, co mnie obchodzi nie otwarta forma otwartej formy. Na górkach obejrzeliśmy baner, który miał stać, ale nie stał, tylko jeździł wynajętą taksówką. Powiem szczerze, że mam duży kłopot z banerami. Ludzie ludziom wymyślili to dziadostwo, które mnoży się jak rak na organizmie, gwałci i paskudzi przestrzeń. Artysta, który używa tego nośnika do przekazu choćby wielce słusznych idei, z automatu zostaje współwinowajcą przestrzennego gwałtu. No i na do widzenia usłyszeliśmy historię abstrakcyjnej kampanii reklamowej COMING SOON, która nie zaistniała, bo agencje reklamowe nie udzieliły swoich nośników. Koncepcja umarła w połogu.

Od lat ten festiwal ma niezwykły potencjał, ale ciągle kuca, a chciałbym, żeby latał i był przyczyną migracji ludzi głodnych sztuki do otwartego miasta Lublina.

Zobacz także:

Portret Jarosława Koziary.
Złe owoce
Koziara Tararara
Portret Jarosława Koziary.
Prorocza drzemka
Koziara Tararara
Portret Jarosława Koziary.
Pamięć i niepamięci cud
Koziara Tararara
Portret Jarosława Koziary.
Sztóka
Koziara Tararara
Portret Jarosława Koziary.
Inluencja
Koziara Tararara
Portret Jarosława Koziary.
METAfora
Koziara Tararara